Kategorie
Recenzje gier

Wyprawa do El Dorado — gra kościana

Wyrusz do El Dorado! Wybieraj kości, planuj trasę i gromadź zasoby w szybkim wyścigu do legendarnego złotego miasta.

„Wyprawa do El Dorado” należy do gier, które bardzo lubimy, więc jej kościana odsłona miała u nas wysoko zawieszoną poprzeczkę. Byliśmy ciekawi, jak Reiner Knizia przeniósł wyprawę przez dżunglę na arkusze i zastąpił karty kostkami. Cel pozostał znajomy — dotrzeć do legendarnego miasta przed rywalami. Tym razem jednak drogę będziemy zamalowywać ołówkiem, a powodzenie wyprawy uzależnimy od dostępnych wyników i przygotowanych wcześniej zapasów.

Rozgrywka

„Wyprawa do El Dorado — gra kościana” jest samodzielną grą. Do wyboru mamy cztery mapy, które wprowadzają kolejne elementy rozgrywki. Wszyscy uczestnicy otrzymują arkusz z mapą o tym samym numerze oraz ołówek. Wybieramy również jeden z dwóch poziomów trudności, od którego zależy liczba świątyń wymaganych do ukończenia wyprawy.

Na środku stołu znajduje się wspólna pula siedmiu kostek. W swojej turze wybieramy jedną z nich i wykorzystujemy jej wynik. Kolejny gracz wybiera spośród pozostałych kości, a kiedy pula się wyczerpie, następna osoba rzuca ponownie wszystkimi kostkami. Obok wybranej kości możemy wykorzystać jeden zdobyty wcześniej zasób. Oba działania wykonujemy w dowolnej kolejności, a zasób można zużyć nawet w turze, w której go otrzymaliśmy.

Symbole na kościach pozwalają zamalowywać odpowiadające im pola trasy. Wyprawę rozpoczynamy od dowolnego skrajnego pola po lewej stronie mapy. Kolejne odwiedzane pola muszą sąsiadować z którymkolwiek z już zamalowanych — możemy więc rozwijać trasę w różnych kierunkach. Drogowskaz pełni funkcję jokera zastępującego symbole potrzebne do poruszania się, ale nie monety.

Kości możemy też przeznaczać na zdobywanie zasobów w dolnej części arkusza. Zamalowanie wymaganych pól odblokowuje jednorazowy zapas, który wykorzystamy do dalszej podróży albo przygotowania kolejnych zasobów. Na następnych mapach pojawiają się również pomocnicy zapewniający stałe zdolności oraz działania specjalne, pozwalające między innymi ponownie rzucić kośćmi lub kilkukrotnie wykorzystać wybraną kostkę.

Na trasie znajdują się świątynie, przez które nie przejdziemy bez złożenia ofiary z monet. Pierwsza osoba odwiedzająca daną świątynię ustala minimalną wysokość ofiary dla pozostałych. Wartość ta nie zmienia się już do końca partii. Przy składaniu ofiary możemy połączyć monety z jednej kości i jednego zasobu. Na mapach trzeciej i czwartej spotkamy także osady Muisca. Za przejście przez nie płacimy wyłącznie monetami z kości, a opłatę można rozłożyć na kilka tur.

Aby przekroczyć bramę El Dorado, trzeba wcześniej złożyć ofiary w wymaganej liczbie świątyń, a następnie opłacić wejście do ostatniej, złotej świątyni. Gra kończy się po rundzie, w której przynajmniej jedna osoba dotrze do celu. Jeśli uda się to kilku graczom, wygrywa ten, który ofiarował w świątyniach najwięcej monet. Dalszy remis oznacza wspólne zwycięstwo.

Wrażenia

Graficznie od razu wiadomo, do jakiej rodziny należy ta gra. Ilustracje są spójne z wcześniejszymi odsłonami, a podróżnicza oprawa przywodzi na myśl przygody Indiany Jonesa. Same arkusze okazały się czytelne i nie mieliśmy trudności z odnajdywaniem potrzebnych informacji ani zaznaczaniem postępów. Choć pod ilustracjami kryje się dość abstrakcyjna łamigłówka z symbolami, oprawa dobrze pasuje do wyścigu przez dżunglę.

Podstawowe zasady przyswoiliśmy szybko. Na początku trzeba było zapamiętać przede wszystkim rytm tury: jedna kość i ewentualnie jeden zasób, wykorzystywane w wybranej kolejności. Później wszystko przebiegało już sprawnie. Wybór kostki zazwyczaj zajmował nam kilka sekund, chyba że ktoś wcześniej zabrał upatrzony wynik i trzeba było zmienić plan. Czasami więcej czasu zajmowało zamalowywanie pól niż samo podjęcie decyzji. Jedyną zasadą, o której zdarzało się zapominać, było płacenie za osady Muisca wyłącznie monetami z kości.

Nasze partie trwały około pół godziny, czasem nieco dłużej. Dla takiej gry to bardzo dobra długość. Jest czas na przygotowanie zapasów, wytyczenie drogi i emocjonującą końcówkę, a po wszystkim zdarzało nam się mieć ochotę na kolejną wyprawę — zazwyczaj już na innej mapie.

Przy wybieraniu kości najczęściej kierowaliśmy się zaplanowaną trasą. Nie zawsze jednak dostępne symbole pozwalały ruszyć tam, gdzie chcieliśmy. Wtedy przydawała się dolna część arkusza. Zamiast tracić turę, mogliśmy przygotować zasób potrzebny za chwilę albo przy późniejszej przeszkodzie. W praktyce rzadziej świadomie rezygnowaliśmy z ruchu na rzecz zapasów; częściej korzystaliśmy z okazji, kiedy wyniki nie pasowały do naszej drogi.

Zasoby mają tu duże znaczenie. Łagodzą wpływ losowości i pozwalają przygotować się na dalszą podróż. Szczególnie satysfakcjonujące były tury, w których dzięki kości, zapasom i zdolności pomocnika udawało się osiągnąć znacznie więcej niż zwykle. W pomocników warto było zainwestować wcześniej, żeby jak najdłużej korzystać z ich umiejętności.

Trzeba jednak zaakceptować, że dostępne wyniki będą wpływać na nasze plany. Mieliśmy mniejszą kontrolę nad przebiegiem drogi niż w planszowej „Wyprawie do El Dorado”. Każdy zazwyczaj obierał własną ścieżkę, dopasowując ją do kości, które miał do dyspozycji. Więcej poczucia przygotowywania ekspedycji dawało nam spokojniejsze rozpoczęcie i zgromadzenie zapasów. Ruszenie przed siebie od pierwszych tur oznaczało częstsze reagowanie na bieżącą sytuację.

Co ciekawe, pozycja na mapie nie mówi wszystkiego o szansach na zwycięstwo. Osoba, która została z tyłu, mogła mieć przygotowane zasoby pozwalające szybko nadrobić dystans. U nas walka zwykle trwała do końca, bez poczucia, że zwycięzca jest znany na długo przed finałem. To właśnie ostatnie tury dostarczały najwięcej emocji, kiedy kilka osób miało szansę dotrzeć do złotej świątyni w tej samej rundzie.

Nie analizowaliśmy szczegółowo arkuszy przeciwników i nie wybieraliśmy kości specjalnie po to, żeby odbierać im potrzebne symbole. Zazwyczaj bardziej interesowała nas własna wyprawa. Za to przy świątyniach chętnie utrudnialiśmy życie konkurencji! Jeśli jako pierwsi mogliśmy ustalić wysokość ofiary, staraliśmy się, by była możliwie duża. Taki wydatek miał też drugie zastosowanie: suma ofiarowanych monet niejednokrotnie rozstrzygała u nas remis na mecie.

Rozegraliśmy wszystkie cztery mapy i podoba nam się stopniowe dodawanie nowych możliwości. Na pierwszą partię warto wybrać mapę początkową, a gdy podstawy są już jasne, kolejne zasady przyswaja się bez problemu. Różnice nie zmieniają całkowicie charakteru gry, ale są odczuwalne. Najwięcej kontroli nad wyprawą czuliśmy na ostatniej mapie.

Sprawdziliśmy również oba poziomy trudności. Dodatkowa wymagana świątynia była dla nas przede wszystkim sposobem na wydłużenie wyprawy, a jej pominięcie — na skrócenie partii. Wybieraliśmy wariant zależnie od tego, na jaką grę mieliśmy akurat ochotę. Przy powrotach do tych samych map nie odczuliśmy też powtarzalnego schematu, bo dostępne wyniki wymuszały dostosowywanie planów.

Graliśmy wyłącznie w trzy osoby, więc na tej konfiguracji opieramy nasze wrażenia. Rozgrywka przebiegała płynnie, a uczestniczący w niej trzynastolatek bez problemu radził sobie z zasadami i planowaniem własnej trasy.

Podsumowanie

„Wyprawa do El Dorado — gra kościana” spodobała nam się dzięki prostym zasadom, szybkim turom i emocjonującym końcówkom. Przyjemność daje tu zarówno samo pokonywanie trasy, jak i przygotowanie zasobów, które pozwolą przyspieszyć w odpowiednim momencie. Nie znaleźliśmy wyraźnej wady, która psułaby nam zabawę. Warto natomiast wiedzieć, że losowość wymaga elastyczności, a samodzielne wytyczanie drogi odbywa się pod dyktando dostępnych kości.

Na naszej półce zostaną obie „Wyprawy”. Planszowa daje nam budowanie talii i inne możliwości planowania podróży. Kościana sprawdza się wtedy, kiedy mamy mniej czasu i miejsca, a ochota na wyścig do złotego miasta nadal jest duża. Poza tematyką, oprawą i wspólnym celem trudno oczekiwać od nich takich samych doświadczeń.

Polecamy ją miłośnikom gier typu roll-and-write oraz osobom szukającym przystępnej gry na około pół godziny. Fani klasycznej „Wyprawy do El Dorado” również mogą znaleźć tu coś dla siebie, o ile są ciekawi innego sposobu na podróż do znajomego celu.


Dziękujemy wydawnictwu Nasza Księgarnia za przekazanie egzemplarza gry do recenzji.

Nasza Księgarnia